położne „bez serca”

Bycie położną to nie tylko piękne i ciepłe chwile, takie, w których serce staje ze wzruszenia i radości. To także pełne napięcia przeżycia, które odbierają dech w piersiach, uniemożliwiają powrót do codzienności. Tak, wiem, społeczeństwo twierdzi, że jesteśmy twarde, tak mocne, że nic nie jest w stanie nas złamać. Tak, jesteśmy bezduszne w oczach niektórych ludzi, a nasza praca ogranicza się do usługiwania lekarzowi. A jednak zdradzę Wam, Kochani, że wciąż są rzeczy, które potrafią sprawić, że świat się zatrzymuje, a ja mam problem z powrotem do rzeczywistości.

Moje początki w położniczym świecie były trudne. Ale trudne nie dlatego, że się nie nadawałam, ale dlatego, że los zsyłał mi bardzo złożone historie kobiet, które traciły dzieci na różnym etapie ciąży, czasem po porodzie, a czasem same chorując długotrwale – odchodziły na moich oczach. Wydaje się Wam, że to takie nic – pożegnać pierwszego czy też kolejnego pacjenta… A ja pamiętam każdą taką sytuację, pamiętam kobiety i ich łzy, ich nieme pytania „dlaczego mnie to spotkało?” I pamiętam ten szloch, te gorzkie łzy, płynące z oczu matek, kiedy żegnały się z dzieckiem… I pamiętam kobiety, które dowiadywały się o tym, że chorują na nowotwór, a czasem że szanse powodzenia są niewielkie… I pamiętam młodą kobietę, którą przypadkiem spotkałam w trakcie spaceru, chorującą na nowotwór jajnika… Tę piękną, młodą kobietę, która miała teoretycznie całe życie przed sobą, ale właśnie toczyła ostry bój ze śmiercią… Miałam nawet jej numer telefonu, ale po jakimś czasie przestała odbierać… Co się z nią stało…? Nie wiem. Mogę się tylko domyślać. I wierzcie mi, to nie są dobre domysły…

To bywało tak, że mnie w trakcie praktyk czasem szukano. Bo na długo gubiłam się… gubiłam się na salach moich pacjentów. Miałam uszy nastawione na słuchanie, a ręce skore do niesienia pomocy. I czasem się zastanawiam, kto komu pomógł bardziej: ja słuchając, czy oni mi – ucząc mnie życia. Tak, stale to podkreślam: osoby chore, przeżywające tragedię dają tak bardzo do myślenia… i tak niewiele im trzeba, jak potrzymanie za dłoń, ciepły uśmiech, czy podanie kubka z herbatą, kiedy nie mają siły wstać. Niczego tak nie cenię, jak właśnie ten czas, kiedy mogłam usiąść obok łóżek pacjentów, trzymać ich za dłoń i słuchać, jak pięknie mówią o tym, czym obdarowało ich życie. Bo życie obdarowuje, choć często o tym zapominamy. Sama w chwilach słabości, a owszem i mi się takie zdarzają, pozwalam sobie na złość, ale zaraz potem przypominam sobie o lekcjach, jakie otrzymałam.

Wiecie, po każdej stracie – płakałam. Nigdy przy pacjencie. Zawsze wychodząc że szpitala. Często do poduszki. Bo odchodzenie często bywa odczłowieczane, rzadko się o nim mówi. Nie ma w szpitalach odpowiednich miejsc do pożegnań. Na szczęście w części szpitali zaczynają się dobre praktyki, tworzenie miejsc do pożegnania się rodziców z dzieckiem. Wciąż jednak brak takich miejsc, w których godnie można pożegnać osobę dorosłą… Wciąż brakuje intymności, ciszy, spokoju… Właśnie tego trzymania za rękę, tej bliskości, tej obecności. Tego poczucia, że można nie tylko towarzyszyć w trakcie narodzin, lecz także w trakcie odchodzenia…

Moi Mili, nie jesteśmy bez serca, my jako położne. Ja nie jestem bez serca. I wierzcie mi, że każda taka historia wciąż tkwi we mnie… i wiedzcie proszę, że takie tematy też będę poruszała. Bo w tych tragediach nie jesteście sami. Nawet jeśli wydaje się Wam, że położna niczego nie rozumie. Położna rozumie. Ja rozumiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *